| |
|
Maków Mazowiecki |
R E K L A M A
|
Kochana Rodzinko
21 stycznia 1972 r.
Drodzy moi, moi mili,
Jak sobie dajecie radę.
Bo ja to nie wiem na pewno,
Czy na niedzielę przyjadę.
Choć mi coraz lepiej w nogę,
Choć już lepiej chodzić mogę,
Ale to mnie bardzo dręczy,
Że rodzina tak się męczy.
Wciąż na lampy chodzę z rana,
Na drugą stronę ulicy,
I rozmyślam czy kochana
Halinka się dobrze uczy.
Co robi Danusia droga,
Gdy na dworze zima sroga.
Gdy na dworze sroga zima,
A tu gospodarza niema.
I śni mi się nieraz w nocy
Widzę prawie jak na jawie
Hanuś za krówkami kroczy
Szkapy skaczą se po trawie.
A ja se przeglądam ule,
Gdy się zbudzę wszystko znika,
Ja się do poduszki tulę
A przede mną znowu szpital.
Więc opowiem choć pokrótce,
Jakie tutaj są zwyczaje,
Może już powrócę wkrótce...
Czy się rano tutaj wstaje.
Otóż leżę na tej sali,
Co ją wszyscy małą zwą,
W kącie mi łóżeczko dali,
I tu spędzam zimę złą.
Za sąsiada mam chłopczyka,
Co ma osiemnaście lat,
I za serce aż mnie ściska,
Gdy po operacji zbladł.
Operację miał nie lada,
I to po raz drugi już
Pierwszą nie tak dawno gada
Nie goiło mu się znów.
Do szpitala zgłosił się
No i odtąd znamy się,
Chłopiec z niego czyste złoto,
Nie powstydzi się robotą,
Zawsze chętny i wesoły,
Choć jeszcze chodzi do szkoły,
I chyba to jego "wina"
Polubiłem go jak syna.
Choć on z miasta a ja z wioski,
Nazywa się Dzierżanowski.
A na środku sali leży,
Biały dziadzio jak należy.
Kopeć Józef się nazywa,
Razem z nami tu przebywa.
U lekarza nie był jeszcze,
Choć ma osiemdziesiąt lat.
Trochę jednak nie dosłyszy,
Ale widać, że był chwat.
Lustereczko i grzebyk ma
Zawsze zaczesany w górę.
Zawsze dba o swą fryzurę,
I wesołą minę ma,
Zawsze czysty ogolony,
Choć już dawno nie ma żony.
No i już od pierwszej chwili,
Bardzośmy się polubili.
Choć z początku stan miał ciężki,
Pod kroplówką trzy dni leżał.
Lecz dzielnie przetrzymał klęski,
Nawet ni raz nie wyrzekał.
No i dzisiaj o północy,
Pana Kopcia nam zabrali.
A na jego łoże niemocy,
Nowego chorego dali.
W drugim kątku na przeciwko,
To niejaki Budny był.
Często lubił popić piwko,
Więc go za to sąsiad zbił.
Że podchodził do sąsiadki,
Choć był z niego chłopak gładki.
Lecz się nie chce żenić drań,
Więc za to napadli nań.
Zbili stłukli co nie miara,
W domu tylko matka stara.
Synal cierpi srogie męki.
Matka w domu ma udręki.
Czasami tak na zabawkę,
Wstawiają tu do nas przystawkę.
Ale to nie długo trwa,
Poleży ktoś dzień albo dwa.
Nim się trochę zapoznamy,
Już innego kumpla mamy.
Tak dzień za dniem jakoś leci,
Dochodzi już tydzień trzeci.
Kiedyśmy się rozłączyli,
Już mnie tęskno moi mili.
Do Halinki i do Danki
I do żony też.
Jak chowają się kasztanki,
Na tym kończę już.
Może wrócę na niedzielę,
To opowiem wszystko wiele,
Nie piszę Wam "Do widzenia"
Bo wyglądam zobaczenia.
|
|
|