| |
|
Ciechocinek |
R E K L A M A
|
Niedziela w Ciechocinku
26 marca 1972 r.
Dzisiaj dłużej się pospało,
Bo zabiegów żadnych niema
Słońce dobrze już przygrzało,
A tu wstawać po co niema.
Zeszli się panowie, panie,
Smacznie zjadło się śniadanie,
Po śniadaniu, kto ma chętkę,
Idzie se na pogawędkę.
Bo jak w każdym zbiorowisku,
Tak i tu na uzdrowisku,
Różnych ludzi się spotyka,
Jest tu zdrowy, jest kaleka.
I biedny i bardziej zamożny,
Prostak, lekarz i uczony,
Niewierzący i pobożny,
Z całej polski z każdej strony.
I płci pięknej co niemiara,
Ciechocinek najechało,
Żadna z pań nie chce być stara,
I panienek jest niemało.
Więc jak rzekłem dziś niedziela,
A niedziela to palmowa,
Żwawo zwinie się ubieram,
By podążyć do kościoła.
Lecz nie wszyscy, jak się rzekło,
Idą do świątyni,
Inni tam nie wierzą w piekło,
Co kto chce to czyni.
Inny spacer, kawiarenka,
Park, ławeczki i panienka,
Rozmaici są panowie,
Każdy ma inaczej w głowie.
Pogoda dziś wyśmienita,
Niejeden gazetę czyta,
Inny z dziewczyną do parku,
Włosy leżą mu na karku.
Chociaż przyzwoity młody,
Lecz go szpecą bokobrody,
Ona za to roześmiana,
Cała sztucznie upiększana.
Oczy, usta zmalowane,
Jak tu ściskać taką pannę,
Nie poradzisz taka moda,
Ale wielka niewygoda.
Ściera się to jak z motyla,
No i maluj się co chwila,
Za to ładnie się wygląda,
Coś z papugi, coś z wielbłąda.
Lecz niejeden z kuracjuszy,
Myśli o własnej duszy,
Wykorzystać chce niedzielę,
I pomodlić się w kościele.
A w świątyni tłok niezmierny,
Zdrowia prosi ludek wierny,
Bo bez Twej Jezu przyczyny,
Nie pomogą borowiny.
Kąpiel słona ni natryski,
Kiedy w głowie ci kieliszki,
Ani wanny solankowe,
Gdyś innym zaprzątnął głowę.
Więc błagamy Ciebie Chryste,
I Ciebie Matuchno Boża,
Byśmy serca mieli czyste,
No a potem dużo zdrowia.
Tłumy wiernych przed kościołem,
Poklękali wszyscy społem,
Zdrowszy podpiera zdrowszego,
Słuchają słowa Bożego.
Bo świątynia jest za mała,
Żeby wszystkich pomieściła,
Gdy skończyła się Ofiara,
Rozpłynęła do dom wiara.
Po obiedzie co się zowie,
Znów na deptak brną panowie,
Bo pogoda dopisuje,
Więc każdy szczęścia próbuje.
Zapełniły się uliczki,
I ławeczki i chodniczki,
Aż do samego wieczora,
Łazi zdrowy drepcze chora.
Każdy ma powietrze świeże,
Ze słodyczy coś se bierze,
Jeden piwo inny wino,
Popijają sobie ino.
Z której tylko spojrzysz strony,
Cały deptak zapełniony,
"Brystol" pełen do ostatka,
Przed hotelem płyta gładka.
No a na niej limuzyny,
Stojąc maja smutne miny,
Że ich bogaci panowie,
Tak różowo maja w głowie.
Na ławeczkach se siadamy,
Minerałkę popijamy,
Bo tu w parku pełno ławek,
Wiewióreczkom do zabawek.
Spoczywamy sobie trochę,
A rudaski te nie płoche,
Całkiem ludzi się nie boją,
Na dwu łapkach sobie stoją.
Widać proszą o orzechy,
Mieliśmy z nimi uciechy,
A gdy dostały cukierki,
To się robił rumor wielki.
Na gałęzie wskakiwały,
Jedna drugiej odbierały,
Było przy tym pisku wrzasku,
Aż paw się przestraszył w lasku.
I choć to stworzonka głupie,
Ale jak cukierka schrupie,
To ci aż na ramie wskoczy,
A tak miło patrzy w oczy.
Zmierzch powoli park ogarnia,
I do bloków wszystkich zgarnia,
Myślicie że koniec na tem,
Księżyc zawisł już nad światem.
Wiosna idzie chociaż zwolna,
Ach ta wiosna tak swawolna,
Jaki tu widok radosny,
Musi być przy końcu wiosny.
Po kolacji znów od nowa,
Kawiarenka, hotel, kino,
Nie może pomieścić głowa,
Gdzie w ciemnościach pary giną ...
I tak z grubsza opisałem,
Jak niedziela przeleciał,
Lecz wszystkiego nie widziałem,
I tak już głowa rozbolała.
|
|
|