| |
|
Ciechocinek |
R E K L A M A
|
Spacerkiem po Ciechocinku
9 kwietnia 1972 r.
I znów niedziela już chyba trzecia.
Jak ten czas szybko przeleciał,
Nie było kiedy tęsknić za wiele
Więc trzeba uczcić trzecią niedzielę.
Z rana jak zawsze trza do kościoła,
Ach jak się ślicznie robi dookoła,
Wierzby plączące dostojnie stoją,
I niby w welon w listki się stroją.
Wietrzyk powiewa ich gałązkami
Jak warkoczykami, a drzewa inne,
Pączki puszczają takie niewinne,
Lepkie pachnące, bardzo powoli.
Tęsknią do wiosny do lepszej doli.
Trawka nieśmiało obsiada skwerki,
Na których wszędzie porządek wielki
Powygrabiane liście i śmiecie.
Nawet papierka tu nie znajdziecie,
W parku gdy idziesz co kroków kilka,
Na papier czeka paszczęka wilka,
Dalej niedźwiedzia, kaczki czy liska.
Wiec nikt na ziemię śmieci nie ciska,
W innych uliczkach przy każdej ławce,
Zwyczajny koszyk stoi na trawce,
A na nim napis "Czystość to zdrowie"
A więc każdemu siedzi to w głowie,
Chyba dlatego każdy pamięta,
Czystość i zdrowie to rzecz jest święta,
Więc gdzie idziesz wszerz czy wzdłuż,
Do koszyka papier włóż ...
Idziem z wolna, w parku ludno,
Młodym całkiem nie jest nudno,
Parami po parku kroczą,
I jak ptaszki se świergoczą.
Tu tranzystor cicho śpiewa,
Tam wtóruje ptaszek z drzewa,
Tutaj szepty tam znów śmiechy,
W parku pełno jest uciechy.
Dwóch panów o kijkach idą,
Nie cieszą się swoją biedą,
Dalej siedzi babcia licha,
Przy niej starszy dziadzio wzdycha.
Oj minęły lata młode
Kiedy miało się urodę
Kiedy nogi młode były
W rękach i w piersi pełno siły.
Dziś wesoły świat nie nęci,
Chociaż młodość jest w pamięci,
Trudno takie losu dzieje
Niech się z dziadzi nikt nie śmieje.
Młodość minie lata mina
Choć niejeden chodzi i inna
Szybko zleci czas kuracji
Więcej z nim się nie zobaczysz.
Po cóż ta zażyłość bliska
Darma żałość potem ściska,
Gdy przyjdzie czas pożegnania,
Co kto lubi nikt nie wzbrania.
Czas opuścić park teraz,
Kuracjuszy prawie pełen,
Niech zostaną śliczne pawie,
Niech łabędź pływa po stawie.
Niech wiewiórki raźno skaczą,
Niechaj inni je zobaczą
Dziś mam siły dosyć prężne,
Ciągnę dalej aż na tężnie.
Ciągną inni i ja z nimi,
Może się nie przemęczymy,
Przy tężniach jak na odpuście,
Kroczą panie i panowie.
Woda ścieka tam po chruście
Dołem płynie niby w rowie,
Bo tu powstaje solanka
Co leczy ręce, kolanka.
W której co dzień się kapiemy,
Gdy do basenu zajdziemy,
Tężnią każdy się zachwyca,
Bo to wymysł jest Staszyca.
Tak przewodnik opowiada,
Kiedy zejdzie się gromada
Kuracjuszy i wycieczek,
A wesoły to człowiek.
Więc przewodnik ów tak prawił,
Staszyc tężnie te postawił.
Dawniej gdy prądu nie było,
Wiatrem wodę się ciągnęło.
Dziś pompuje wodę prąd
Nie chce nam się odejść stąd.
Bo powietrze jest tu zdrowe
Na cierpienia oddechowe.
Na przeróżne zaburzenia,
Również i od nadciśnienia.
Tablice to informują,
Które tutaj się znajdują.
Czasu jeszcze wiele mamy,
Na ławeczkę więc siadamy,
No bo tu o ławkę trudno,
Jak mówiłem jest tu ludno.
Jedni tam inni spowrotem,
Ślicznie musi być tu potem,
Kiedy wiosna przyjdzie w pełni,
Kiedy las się zazieleni.
Lecz gdy pora ta nastanie
Nikt tu z nas już nie zostanie,
Przyjdą inni kuracjusze,
My do domu wracać musiem.
Południe już dochodziło,
Słonko się za chmurami skryło,
Na kwaterę ciągniem zwolna,
Niech tam płynie woda solna.
Niech się inni zachwycają,
Co dopiero przyjeżdżają.
O tym się przekonaliśmy,
Gdy do stacji już doszliśmy.
Pociąg wjechał na perony,
Tłum wysiada wystrojony,
Niosą (paczki) walizki paczuszki
Tu czekają już dorożki.
Dorożkarze dbają o to,
By nie chodził nikt piechotą.
Walizki pod kozioł kładą,
Jeden przez drugiego jadą.
Konie batem zacinają,
I za zakrętem znikają.
Taksówkarze są nie radzi
Gdy konika ktoś pogładzi.
Mają ładne limuzyny,
Ale za to kwaśne miny
Lecz kuracjusz konia woli,
No bo jedzie se powoli.
I powietrze słone wdycha,
A taksówkarz klnie i wzdycha.
Znów odpocząć by się zdało,
Lecz tam ławek bardzo mało.
Więc spacerkiem do Grzybiska,
Gdzie fontanna w górę pruska,
I po grzybie w dół opada,
Tu się na ławeczkę siada.
Posiedzieliśmy tu nie krótko,
Bo tu czysto i milutko.
Tu przy kiosku kuracjusze
Widokówki nabywają.
Ja też kilka kupić muszę,
Na pamiątkę pozostaną,
Na deptaku tak jak stale.
Tu się nie przysiądzie wcale.
Tutaj depczą wciąż bez końca,
Każdy radby zażyć słońca,
Jedni tam inni spowrotem,
Każdy chce odpocząć potem.
Deptak przy Nieszawskiej leży
I tu dywan jest kwiatowy,
Stąd zobaczysz fragment wieży,
No i basen solankowy.
Tu przez Deptak na zabiegi
Chodzić trzeba co dzień prawie
Mamy tego już po brzegi
Radby spocząć człek na trawie.
Lecz trawki deptać nie można,
Taka młoda blada jeszcze,
Choć zima była nie mroźna,
Teraz chłód podają, deszcze.
A niedziela jakie szczęście,
Każda była dość pogodna,
Jak nie chcecie to nie wierzcie,
Wcale ich mi nie jest szkoda.
Bo spędziłem je z daleka,
Od znajomych, od rodziny,
Bo tam żona ma mnie czeka
A mnie tęskno do Haliny.
Już iść dalej nie chce mi się,
Gdzie nie zajdziesz czysto wszędzie,
No bo często nad tym myślę,
Czy mi w nogę lepiej będzie.
Bo już prawie dobrze było
I znów gorzej się zrobiło
Bądź tu mądry miły bracie
Gdy los tak się zawziął na cię.
|
|
|