| |
|
Ciechocinek |
R E K L A M A
|
W parku
3 kwietnia 1972 r.
W wielkanocne popołudnie,
Słoneczko przygrzewało cudnie.
Kuracjuszy jest inwazja,
I do parku iść okazja.
Jak już rzekłem słońce świeci,
Już przy bramie mnóstwo dzieci.
Już zajęli wszystkie ławki,
Rozganiają głodne kawki,
Też z pogody korzystają,
I w zabawy sobie grają.
Idę dalej park wspaniały,
A na stawie łabędź biały.
Pływa. Szyję wygiął dumnie,
A samica płynie ku mnie.
Gdy jej sypnie się okruchy,
To wychodzi na brzeg suchy,
Lecz samiec wabi ja na wodę,
By mu wychowała młode.
Idę sobie dalej zwolna,
Gdzie rozrosła róża polna,
W gąszczu po młodziutkiej trawie
Chodzą sobie śliczne pawie,
Jeden biały nie za ładny,
Ale czubek ma układny,
Lecz dwa bardzo kolorowe,
Ogony mają tęczowe.
Kiedy przy samicy kroczy,
Piękne barwy sypie w oczy.
Gdy ogon w górę postawi,
Kolorowy ogon pawi.
Przy nim kręci się samica,
Mnóstwo ludzi się zachwyca.
Jakie śliczne to stworzenie,
Takie barwne upierzenie.
W ogonie kolory tęczy,
Ale on żałośnie jęczy.
Przy samiczce dumnie chodzi,
I w zarośla ją odwodzi.
Taki dumny lecz zazdrosny,
Też nie chce zmarnować wiosny.
Na ławeczkach więc siadamy,
Z daleka im się przyglądamy.
Są tam i inne ptaszęta,
Których nazwy nie pamiętam.
Wszystkie prawie oswojone,
Do rąk prawie idą one,
Proszą o drobne okruchy,
No i wróble wielkie zuchy.
Wszędzie ławki, wszędzie ścieżki,
I wiewiórki po orzeszki,
Ta ogonkiem się nakryje,
I udaje, że nie żyje.
Gdzie nie spojrzysz, gdzie nie ruszysz,
Wszędzie pełno kuracjuszy.
W którą tylko pójdziesz stronę,
Chodzą pary rozmarzone.
W parku wzorowy porządek,
Ławki ustawione w rządek.
A przy ławce kosz na śmieci,
No bo wszyscy o tym wiecie:
Że dla swawolnej zabawy,
Nie wolno deptać trawy,
I nie wolno zrywać kwiatków,
Róży, maków ni bławatków.
Bo kto tylko się nie leni,
W parku bardzo się natleni.
Właśnie dzisiaj dzień pogodny,
Więc do parku czas dogodny,
Bo powietrze jest tu zdrowe,
Zapach wody solankowej.
Nie masz to jak na spacerze,
Bo tam siły się nabierze,
Gdy jeszcze przy boku kroczy
Taka co maluje oczy.
Na tym kończę już o parku,
Żebym nie dostał po karku,
Gdyby żona to widziała,
Pewnie by nie darowała.
|
|
|