o autorze    
 

wiersze  

Stanisław Dąbrowski  

 
  Maków Mazowiecki Prośba pomogła Towarzyszowi niedoli poświęcam * * * * * Pacjent nr 1 Sąsiadowi przez ścianę Koledze Lechmańskiemu Sala nr 2 Sala nr 4 Drogi Andrzejku Kochana Rodzinko Podziękowanie Pożegnanie ze szpitalem Ciechocinek Wielkanoc w Ciechocinku Nasza Pani Starościna List do męża Spacerkiem po Ciechocinku Pierwsze wrażenia w Ciechocinku Niedziela w Ciechocinku Po tygodniu W parku Pokoik nr 16 Pożegnanie z Ciechocinkiem menu linki kontakt mapa strony

Ciechocinek

R E K L A M A

Pokoik nr 16

7 kwietnia 1972 r.

Mam pokoik co się zowie,
Mieszkają tu trzej panowie.
Niby dwóch, no i ja trzeci,
No i czas nam szybko leci.

Nim się dobrze zapoznało,
Osiemnaście dni zleciało.
A sześć pozostało jeszcze,
Choć co dzień padają deszcze.

Rozpogadza się w niedzielę,
Co dzień moknie się jak cielę,
Bo zabiegi rozrzucone,
Na każdy mus w inna stronę.

Dobrze nam się razem żyło,
Chociaż każdy z innej strony,
Ale dzisiaj dwóch ubyło,
Zostałem osamotniony.

Jeden kumpel Ślązak pieron,
Odwoziłem go na peron,
Nazywał się Czesław Rosa,
I zadzierał w górę nosa.

Dość wysoki przyzwoity,
Ale raptus na kobity,
Nie dbał on o własne zdrowie,
Wciąż mu tylko babki w głowie.
Najmilsze jego rozrywki,
Potańcówki i podrywki.

Z forsą całkiem się nie liczył,
Choć też chora nogę leczył,
Ale na miejsce kuracji,
Wolał iść do restauracji.

W sanatoriach różnych bywał,
Wszędzie szukał dziewczyn próżnych.
Dużo mówił, gdzie nie bywał,
I za kołnierz nie wylewał.

Zawsze opowiadał z chęcią,
Jak się przy nim panie kręcą,
Za co ja go nie pochwalam,
I winę na niego zwalam,
Ale kumpel fajny z niego,
I dlatego żal mi jego.

Z drugim miałem gorsza mękę,
Ten znów leczył chorą rękę.
Ale mówił bardzo z ruska,
Zamiast puszczaj mówił "puskoj".

Nazywał się Bilakiewicz,
A na mnie wołał Myckiewicz
Lecz się o to nie kłóciłem,
I tak by nie zwyciężyłem.

Bo był w mowie bardzo cięty,
I do tego dość zawzięty,
Ja mu mówię że golone,
A on znowu że strzyżone.

Trudno go zrozumieć było
Ale z nim też się zżyło.
Rodem był on aż od Wilna,
Szczupły, raźny, ręka silna.
Pod Wrocławiem mieszka teraz,
Jak mi opowiadał nieraz.

Ma niemałą gospodarkę,
I dorodnych koni parkę,
Dziesięć krówek, stado owiec,
Widać niezły był fachowiec,
Ziemia dobra drugiej klasy.

Zostać chciał na drugi turnus,
Bo do domu tak mu nie mus,
W domu baba pracowita,
I do tego zuch kobita,
I zaorze i zasieje,
Jeszcze się do innych śmieje.

We szpitalu leżał długo
I tak nie pujdu za pługiem,
Niechaj doma robi stara,
Wesoły co niemiara.

Ja się tu zaleczyć muszę,
Bo znów sobie "ruku" skuszę.
Lecz dziś obaj odjechali,
Ja zostałem sam na sali...

Pusto w moim pokoiku,
Flakon stoi na stoliku.
W kątach stoją próżne łóżka,
Na nich kołdra i poduszka.

Nocne szafki, lampy nocne,
No i trzy krzesła mocne.
Szafa pusta, pełna była,
Ledwie wszystko pomieściła,
Gdy roztworzę jej podwoje,
Wiszą tylko ciuchy moje.

Tylko z radiem mam rozrywkę,
Bo nie chciałem na podrywkę,
(Chociaż raz już wspomniałem,
że spacerek w parku miałem).

Więc kiedy zabiegów niema,
To się za długopis trzyma.
Co gdzie widzę co się święci,
To spisuje dla pamięci.

Choć koślawe moje zwrotki,
Wolę to niż próżne plotki,
Chociaż ręce me od pługa,
Lecz kuracja taka długa.

Więc czasami chętka bierze,
Utrwalić coś na papierze,
Bo gdy czas kuracji zleci,
Poczytają wnuki, dzieci...

Jak to tutaj w Ciechocinku
Było mi na wypoczynku,
Jak za domem swym tęskniłem,
Kiedy na kuracji byłem.

Patrzę oknem świata wkoło,
Ludzie żyją tu wesoło.
Choć na dworze makro, marnie,
Przepełnione są kawiarnie.

Z wieczora do późnej nocy,
Gdzie się tylko zwróci oczy,
Każdy blok jest oświetlony,
Wszędzie światła i neony,
Na deptaku na ulicy,
Kto by światła te policzył.

Mokną w deszczu limuzyny,
Tam panowie i dziewczyny,
W kawiarniach się zabawiają,
Siedzą, jedzą, popijają.

Ten wypije tamten stawia,
Bo dziś naród się zabawia,
Bo nie wszyscy ci panowie,
Przyjeżdżają tu po zdrowie.

Ci mają grube portfele,
I zabawiają się wiele.
A kelnerki zwinne dranie,
Podają na zawołanie.

Nieraz grubo po północy,
Gdy nie mogę zasnąć w nocy,
Zapuszczony silnik ryknie,
I powoli w dali milknie.
W kawiarenkach światła gasną,
I ja też bym pragnął zasnąć.

Deszcz z wiatrem w okna łomocą,
Ślicznie w Ciechocinku nocą.
Ten kto sobie wyobrazi,
Kto tu po deptaku łaził.
Tylko wiosna trochę licha,
Bo za dużo deszczem prycha.

 
   
   
css &  xhtml by kszynka.com  2000 - 2014